Holokaust w literaturze polskiej

(5 głosów, średnia ocena 4.00 na 5)

Spośród tegorocznej puli tematów maturalnych, która przedstawiona została mi na początku roku szkolnego po zastanowieniu się postanowiłem wybrać temat dotyczący obrazu holokaustu w literaturze polskiej. W swojej wypowiedzi odniosę się do twórczości Zofii Nałkowskiej, Tadeusza Borowskiego,

Czesława Miłosza i Hanny Krall.

Nie ma chyba słów, które mogą wyrazić hańbę, jaką okryła się cywilizowana ludzkość, gdy zbudowano pierwsze komory gazowe, fabryki śmierci, przeznaczone w pierwszej kolejności dla Żydów i Romów, w drugiej dla wszystkich gorszych niż germańska ras. Te starannie zaplanowane i konsekwentnie realizowane działania nazistów są najbardziej wstrząsającym i bezprecedensowym w całej historii cywilizacji przykładem ludobójstwa z pobudek rasowych. Holokaust stał się doświadczeniem, które wręcz odmieniło obraz świata, każdego myślącego człowieka zmusiło do weryfikacji wcześniejszych wyobrażeń na temat tego, czym może być zbrodnicza ideologia, bezprzykładna nienawiść, totalitarne państwo i służący mu obywatele.

Tragedia Żydów rozgrywała się niestety przede wszystkim na ziemiach polskich. Polska była dla milionów wyznawców judaizmu ojczyzną, miejscem urodzenia. Żydzi wnieśli wielki wkład w rozwój polskiej gospodarki i kultury, zarazem można podać liczne przykłady z jednej strony zrozumienia, tolerancji panującej pomiędzy Polakami i Żydami jak i napięć we wzajemnych stosunkach. Po wrześniu 1939 roku hitlerowcy uczynili Polskę miejscem eksterminacji Żydów z całej Europy. Polscy stali się bezsilnymi świadkami zbrodni, które dokonywały się każdego dnia w gettach utworzonych w polskich miastach, w obozach zagłady do których faszyści przywozili niekończące się transporty mężczyzn, kobiet i dzieci – wszystkich tych, którym tylko z racji urodzenia odmówili prawa do życia.

Wobec tak tragicznych i doniosłych wydarzeń nie mógł pozostać żaden polski pisarz, który chciał dostrzec to, co działo się wokół niego. Holokaust porażał i skłaniał do zwątpienia, postawienia pytania o to, czy czemuś równie strasznemu literatura zdoła dać odpowiednie świadectwo. Literatura polska podjęła trud artystycznego udokumentowania holokaustu. Henryk Grynberg, jeden z najwybitniejszych znawców tego tematu, zauważył, że literatura polska ma w tematyce holokaustu osiągnięcia większe niż nić „supermocarstwa”, czyli literatura rosyjska i amerykańska, więcej niż ambitne literatury: czechosłowacka, jugosłowiańska, angielska, francuska czy włoska. Literatura polska może pod tym względem rywalizować żydowską, ale jej osiągnięcia nie są wystarczające, bo wymaga się od niej znacznie więcej jako od naocznego świadka, który znajdował się w epicentrum największej zbrodni w dziejach.

Opisywanie holokaustu zaczęło się, jeśli pominąć pamiętniki, lirykę lat wojny, od prozy dokumentalnej, od Medalionów Zofii Nałkowskiej, którym przyświecało motto: Niech świat o tym wie, co oni zrobili. Autorka przytoczyła i dopełniła je bardzo oszczędnym komentarzem, przede wszystkim wypowiedzi swych rozmówców, osób przesłuchiwanych przez Komisję do Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce. Pokazując wybrane fragmenty obozowej rzeczywistości, była bliska publicystyce – celem stała się zobiektywizowana relacja, interpretacje, których oceny powinny należeć do czytelnika. Rozmówcy Nałkowskiej często mówili nieporadnie, nie zawsze potrafili zwerbalizować tragicznych doświadczeń, do których nie mieli dystansu. W większości przypadków obóz zniszczył ich osobowość.

Zofia Nałkowska deklarując bezradność tradycyjnej literatury wobec zadania opisu krematoriów, umiała jednak znaleźć klucz do jego opisania. Rezygnując przy tym z interpretacji, sugerując, że tamtej rzeczywistości nie można do końca zrozumieć. Autorka udokumentowała całą drogę, jaką odbywali więźniowie, nim znaleźli się na wolności. W opowiadaniu „Dno” ukazana zostaje relacja o gehennie, jaką przechodzili ludzie podczas transportów do obozów zagłady, w przepełnionych wagonach towarowych, w smrodzie, umierając z pragnienia i żebrząc o łyk wody. Owa podróż była zapowiedzią tego, co czekało za drutami. „Dorośli i dzieci w Oświęcimiu” to zapis życia anonimowych, typowych więźniów, realiów ich pracy ponad wszelkie siły, niekończących się apeli, głodu, okrucieństwa esesmanów. Więzienni strażnicy byli według Nałkowskiej produktem systemu propagandowego, wychowawczego państwa hitlerowskiego, sadystami, wobec których zawodzą ogólnoludzkie miary ocen.

Piekło obozów koncentracyjnych pokazuje przede wszystkim proza lagrowa Tadeusza Borowskiego – opowiadania, których bohaterem-narratorem jest Tadek, często niewłaściwie utożsamiany z osobą pisarza. Ów konformista, uprzywilejowany w obozie, gdyż trafił do obozu stosunkowo wcześnie o czym wskazuje nadany mu dość niski numer, obserwuje lagrową rzeczywistość i próbuje się do niej przystosować. Borowski uparcie podkreśla, że Niemcy stworzyli nową cywilizację, w której zanika podział na kata i ofiarę, ponieważ niektóre ofiary, takie jak Tadek, z czasem stają się katami. Symboliczne imię bohatera oznacza poczucie współodpowiedzialności więźnia lagru za holokaust, za zbrodnie hitlerowskie. Nie znaczy to jednak, że Tadeusz Borowski zachowywał się jak Tadek.

Opowiadania pokazują ludzi, którzy gotowi są zaakceptować okrutne prawa obozu, byle by tylko przetrwać. W opowiadaniu „U nas w Auschwitzu”, które jest z trzecim z kolei utworem z tej serii przedstawiony zostaje ogólny zarys obozu Aushwitz-Bireknau. Autor opisuje codzienne życie, tęsknotę za narzeczoną Marią oraz cierpienia, które spotyka więźniów. Mówi o warunkach panujących w obozie i o znieczuleniu na cierpienie ludzkie. Autor przedstawia syna, który nie żegna się w ojcem idącym na pewną śmierć, do komory gazowej. Udaje przed nim, że łaźnia nie jest komorą ponieważ ze strachu nie chce burzyć porządku ustalonego przez esesmanów. Śmierć ukazana zostaje jako codzienne i zwykłe zjawisko. Jednak z drugiej strony więźniowie są dumni z miejsca, w którym się znajdują. Człowiek zlagrowany akceptuje wszystko, nawet holokaust, byle sam mógł przeżyć. Jest bezsilny wobec zbrodni ludobójstwa i nie dopuszcza do siebie myśli o niej. „U nas w Aushwitzu” podkreśla despotyzm i tyranię hitlerowskich Niemiec. Sam tytuł to wypowiedź jedno z więźniów, pogardzającymi innymi obozami zagłady.

Dla nazistów Żydzi byli zaledwie podludźmi, zagrażali całemu światu, personifikowali wroga, którego należało bezwzględnie zlikwidować. Każdy z oprawców i likwidatorów getta warszawskiego, nie odczuwał najmniejszych wyrzutów sumienia. Żydzi traktowani byli przez esesmanów jak zabawki, a ich mordowanie traktowano jak zabawę. Gdyby posłużyć się obrazem Czesława Miłosza w utworze „Campo dei Fiori” w warszawie mieliśmy dwa światy. Po jednej stronie muru getta bawiono się, tańczono, a po drugiej mordowano tysiące niewinnych ludzi. Z żydowskiej części miasta wiatr przynosił czarne latawce – resztki palonych domów i dobytków. Te dwa sąsiadujące ze sobą obrazy dobra i zła, radości i zagłady oddzielała bardzo wąska granica. Czy Ci, którzy w wierszu kręcą się na karuzeli przestali być ludźmi, zostali przez wojnę pozbawieni uczuć? Jak mogą odizolować się od śmierci, nawet nie zachowywać powagi, pogrążyć się w zadumie? Czy takie zachowanie jest czymś normalnym? Szukając odpowiedzi na te pytania, podmiot przypomina nam rzymski plac Campo dei Fiori, na którym spalono Giordona Bruna.

Polska literatura ukształtowała pewien stereotyp Żyda: pędzonego przez hitlerowców na śmierć, pokornie godzącego się z nieludzkim losem, umierającego w milczeniu, poniekąd mistycznym pogodzeniu się ze śmiercią, straszliwym losem. Może najpiękniejszym z takich obrazów jest doktor Janusz Korczak, prowadzący dzieci, dobrowolnie idący z nimi ku zagładzie.

Opowieść Marka Edelmana zapisana przez Hannę Krall w „Zdążyć przed Panem Bogiem” daleko odchodzi od tego schematu. Mówi o tych, którzy w zupełnie beznadziejnej sytuacji zdecydowali się chwycić za broń, stawić zbrojny opór SS, gestapo, oddziałom litewskich i łotewskich morderców. Wybrali śmierć żołnierską, postanowili sprzeciwić się wyrokowi historii. Chociaż od samego początku ich akcja skazana była na klęskę. Nie mieli cienia szansy na zwycięstwo. Mogli liczyć tylko na ograniczoną pomoc ze strony aryjskiej, zza muru, pomoc polskiego zbrojnego podziemia. Walczyli jednak nie o militarne zwycięstwo, mniej liczyły się wygrane potyczki, co sama postawa: wyprostowana, zmuszająca faszystów do przyznania prawa do godnej śmierci tym, których uznawali za podludzi. Śmierć w boju, nie zaś w bydlęcym wagonie zmierzającym do Treblinki z jej gazowymi komorami. Edelman zwraca uwagę, że chodziło o wybór sposobu umierania. Oddając hołd milionom zamordowanych, trzeba bezwzględnie zachować pamięć o nielicznych bohaterach – nawet wbrew opinii bohatera tego wywiadu, że trudniej było być pędzonym na śmierć, niż zginąć z pistoletem w ręce.

19 kwietnia 1943 roku Niemcy rozpoczęli ostateczną likwidację getta. Edelman miał wówczas 22 lata. W Żydowskiej Organizacji Bojowej było tylko dwustu dwudziestu ludzi, a większość żydowskiej młodzieży opowiadała się za powstaniem, za wyborem śmierci z bronią w ręku, bowiem tylko nie wielu miało złudzenia, że zbrojny protest zakończy się zwycięstwem garstki bojowników.

W 1942 roku Niemcy wywieźli z getta do obozu koncentracyjnego prawie czterysta tysięcy ludzi. Edelman stał wówczas przy bramie Umschlagplatzu i wyciągnął z prowadzonych kolum tych ludzi, którzy byli potrzebni organizacji. Tym, jako rzekomym chorym, ratowano życie, reszta szła do komór gazowych. Do obozu odjeżdżały dwa transporty dziennie, a Żydzi zgłaszali się do nich dobrowolnie, gdyż przekonani byli, że jadą do pracy. Poza tym, każdy ochotnik dostawał chleb i marmoladę, łudzono się, że hitlerowcy nie mogą przecież zmarnować tyle chleba, nie dawaliby go ludziom skazanym na zagładę. W getcie panował straszny głów, masowo umierano z braku pożywienia, popadano w głodowy obłęd. Zdarzały się nawet przypadki ludożerstwa – jedna z kobiet próbowała jeść swoje dziecko, które zmarło z głodu. Choroba głodowa stała się przedmiotem badań lekarzy w getcie i z pewnością nie brakowało jednego – materiału do badania. Po dokonaniu tysięcy sekcji zwłok stwierdzono, że u ludzi skrajnie zagłodzonych zanikają poszczególne narządy, jedynie mózg zachowuje naturalną wielkość. W lipcu 1942 roku pojawiły się niemieckie plakaty informujące o przesiedleniu Żydów na Wschód. Każdego dnia na plan policja żydowska musiała dostarczać dziesięć tysięcy ludzi łapanych w całym getcie. Pociągami wywożono ich nie do pracy, ale do obozów zagłady.

Powstańcy z getta byli małą grupą źle uzbrojonych młodych ludzi, którzy stawiali opór zupełnie nieporównywalnym siłom wroga. Mimo to, początkowo odnosili  znaczące sukcesy militarne, zmusili nawet Niemców do wycofania się z Umschlagplatzu. Żydowska Organizacja Bojowa stanowczo odrzucała wezwanie do złożenia broni, paliło się całe getto, hitlerowcy wysadzili kolejne bunkry, piwnice, w których ukrywali się ludzie. Do połowy 1942 roku z głodu i chorób zmarło około stu tysięcy mieszkańców getta. W lipcu 1943 rozpoczęto masową eksterminację Żydów. W maju tego roku getto już nie istniało, zostało całkowicie zburzone, niemal zrównane z ziemią. Powstańcy, chociaż było ich tak wiele, zmusili Niemców do wielkiego wysiłku militarnego, zaangażowania znacznych sił, pacyfikacji całego getta. Niemiecki zbrodniarz wojenny, generał Stroop, który warszawskie getto zamienił w prawdziwe piekło sam mówił, że w kolejnych dniach Wielkiej Akcji opór Żydów był coraz większy. Nie pomagały nawet tradycyjne metody bitewne. Ich rezultatem było zazwyczaj kilka powstańczych trupów, a reszta wroga ulatniała się podziemnymi korytarzami.

Aby zobaczyć całą pracę musisz być zalogowanym oraz dodać swoją pracę